Witaj gościu, Jeśli czytasz tę wiadomość to znaczy że nie jesteś zarejestrowany. Kliknij i zarejestruj się by w pełni korzystać z wszystkich funkcji naszego forum.

Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Odnośniki, linki i inne hiperłącza
#11
Udało mi się ostatnio zdobyć archiwalne czasopismo Professional Computer Studio numer 1/93. Na ostatniej stronie tego czasopisma jest wywiad z Tomaszem Pyciem na temat programu Tele-komputer. Czy ktoś jest zainteresowany skanem tego artykułu, a może jest on już na sieci? Pytam, bo nie chce mi się wyciągać skanera jeśli nie będzie zapotrzebowania na ten tekst.

Odpowiedz
#12
Nie nalegam, ale może wystarczy fotka smartfonem?
oko sowy słucha śniegu życie umyka
Odpowiedz
#13
http://retroreaders.makii.pl/2011/11/arc...fb-cat-167
Odpowiedz
#14
Lub bezpośrednio tu:

(dodano wieczorem Wink )
Plus wersja trochę łatwiejsza w czytaniu:


Załączone pliki Miniatury
       
Odpowiedz
#15
W czasopiśmie RETRO pojawił się artykuł na temat Sondy i jest ładnie graficznie opracowany, tutaj można zobaczyć jak to wygląda:
https://youtu.be/8sq_-bxmYRo?t=32m41s
Odpowiedz
#16
Gwoli kronikarskiego obowiązku: w Ekranie z grudnia 1989 roku (nr 42) był artykuł wspomnieniowy o panach K. 

[Obrazek: vTZf0Co.jpg]
Moja szwagierka pracuje w sądzie, ale Kurka i Kamińskiego nie zna.
Odpowiedz
#17
No okładka fajna, jest info o artykule... Wink
A jest możliwość zobaczenia skanu (foto) tego artykułu?
Odpowiedz
#18
(22.10.16, 14:55)Axel677 napisał(a): W czasopiśmie RETRO pojawił się artykuł na temat Sondy i jest ładnie graficznie opracowany, tutaj można zobaczyć jak to wygląda:
https://youtu.be/8sq_-bxmYRo?t=32m41s

Nieobrobiony (niepoprawiany) OCR tekstu z tego wydania:




W latach 80. w czwartkowe popołudnia ulice polskich miast pustoszały. Po pracy i szkole 

ludzie biegli prosto do domów i zasiadali przed telewizorami, by oglądać... program 
popularnonaukowy. Charakterystyczna czołówka, z ujęciami lotu sondy Mariner 5, 
wybuchem supernowej i montażem układu scalonego, potrafiła zgromadzić przed 
telewizorami nawet 9 milionów widzów! fet Bartłomiej Kluska 


Historia „Sondy” zaczęła się w 1977 roku, gdy młodzi dzienni- 
karze - Andrzej Kurek (z wykształcenia fizyk) i Zdzisław 
„Danek” Kamiński (ekonomista) - otrzymali od władz Telewizji 
Polskiej zadanie stworzenia audycji, która objaśniałaby widzom 
tajemnice świata współczesnej nauki. Nie miał być to jednak pro- 
gram edukacyjny. - Nikogo niczego nie chcemy nauczyć - zastrzegali 
autorzy. - Wymyśliliśmy widowisko telewizyjne. Scenariusz programu 
jest jeden: felietony filmowe przeplatane rozmowami dwóch panów 
w studiu. Przedstawiamy, pokazujemy... Edukujemy przy okazji. 

Każdy odcinek poświęcony był innemu zagadnieniu ze świata 
nauki i techniki, a podstawowy element „Sondy” stanowiła 
dyskusja między prowadzącymi. Kurek, grający najczęściej en- 
tuzjastę nowych technologii, oraz Kamiński, zazwyczaj w roli 
zdystansowanego sceptyka, toczyli w studiu zawzięte, choć re- 
żyserowane spory. Co ważne, ich dialogi nigdy nie kończyły 

Na tle przaśnej i propagandowej oferty 
ówczesnej Telewizji Polskiej Sonda 
wyglądała jak z zupełnie innej planety. 

się jedynie słusznymi wnioskami - zadecydować o tym, kto 
ma rację, musiał samodzielnie widz. Była to ogromna nowość, 
ponieważ socjalistyczna telewizja specjalizowała się raczej 
w wygłaszanych z ekranu monologach. Z zawsze podaną 
wprost informacją, co należy myśleć na dany temat. 

Juz mnie ire czy jeszcze nie? 

Oczywiście same rozmowy o nauce, choćby najciekawsze, nie przy- 
ciągnęłyby przed telewizory tylu Polaków. Główną atrakcję progra- 
mu stanowiły eksperymenty wykonywane - często niezgodnie 
z zasadami BHP - przed kamerą przez dziennikarzy. Np. w trakcie 
kręcenia zdjęć do audycji o ratownictwie morskim autorzy wzięli 
udział w zaimprowizowanej akcji ratowniczej. Jak wspominał 
współtworzący „Sondę” Marek Siudym: - Zaczęło się od wrzucenia 


Kurka do Zalewu Zegrzyńskiego. W tle dźwiękowym był jego auten- 
tyczny wrzask. Potem Kamiński z pontonu próbował go wyławiać, 
a chwilę później pojawił się śmigłowiec, który zawisł kilka metrów nad 
wodą i zdmuchnął ponton z Dankiem, podczas gdy Kurek rozpaczliwie 
próbował złapać spuszczone na wodę krzesełko wyciągarki. 

Podobne emocje nie były dla autorów niczym niezwykłym. An- 
drzej Kurek: - Sprowadziliśmy do studia pompę próżniową, urządze- 
nie do pochłaniania wilgoci - pojemniki z kwasem azotowym. Na pró- 
bie włączamy, wszystko elegancko pracuje - woda zaczyna wrzeć. Za- 
czynamy nagranie, ale nie wiadomo, dlaczego pompa rusza w drugą 
stronę. Zamiast wytwarzać próżnię zaczyna pracować jak sprężarka. 
Oczywiście huk, rozsadza jakieś naczynia, olej leci na garnitur. I pyta- 
nie, czy to tylko olej, czy pękły także pojemniki z kwasem azotowym. 
Wszyscy w studiu stają drętwi, a ja spływam tym olejem i zastana- 
wiam się -już mnie żre czy jeszcze nie. Innym razem Zdzisław Ka- 
miński podczas nagrania nieopatrznie wszedł pod wiązkę lasera. 
Szczęśliwie skończyło się na osmoleniu marynarki. 

By stworzyć reportaż o kolejkach górskich, ekipa „Sondy” wybra- 
ła się do Szwajcarii. Atrakcją odcinka miały być zdjęcia kręcone 
na dachu kolejki linowej na Matterhorn. Jak wspominał Marek 
Siudym: - Miałem zasiąść ze statywem i kamerą na kawałku sklejki 
o powierzchni biurka. Przed ześlizgnięciem chronił jedynie niewysoki 
rant. Był to tzw. wózek serwisowy. Kurek dzielnie trzymał mnie za 
pasek od spodni, a drugą ręką dzierżył barierkę. Kolejka biegła nad lo- 
dowcem, gdzie nie sposób postawić podpory, więc oddalaliśmy się od 
ziemi w tempie błyskawicznym. Początkowe lekkie przerażenie zastą- 
pił paraliżujący strach, postanowiłem więc patrzeć jedynie przez wi- 
zjer kamery. Ten mały obrazek nie był już tak groźny. 

Klocki Lego w telewizji 

Materiałom własnym towarzyszyły felietony filmowe przygoto- 
wywane na podstawie nagrania z zagranicy. Czasem autorzy po 
prostu wycinali je z odcinków zachodnich programów popularno- 
naukowych z archiwum Telewizji Polskiej, ale ze względu na gi- 
gantyczną popularność audycji zagraniczne instytuty badawcze, 
ambasady czy firmy chętnie udostępniały „Sondzie” filmy pro- 


92 | retro 



Andrzej Kurek w towarzystwie syna, Mateusza (z koleżankami), na swym 
własnym ZX Spectrum prezentuje widzom Sondy gry komputerowe. 


■ Siła Sondy tkwiła w autentyzmie i entuzjazmie jej dwojga 
prowadzących. Czuć było „chemię" między nimi, bo byli nie 
tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. 



I Andrzej Kurek w programie zwykle odgrywał rolę entuzjasty 
i propagatora nowych technologii i trendów. 



Zdzisław „Danek" 
Kamiński starał się 
być sceptykiem oraz 
„adwokatem diabła". 





mujące ich naukowe dokonania. Jak wspominał współtworzący 
program Tomasz Pyć, nawet współpraca z Amerykanami nie bu- 
dziła sprzeciwu komunistycznych władz: - Wszystko nam prze- 
chodziło na zasadzie, że jesteśmy tacy zwariowani naukowcy. 

W PRL-u, gdzie otrzymanie paszportu i wyjazd zagraniczny były 
osiągalne dla nielicznych, możliwość obejrzenia w telewizji np. 
duńskich filmów prezentujących klocki Lego (co dziś zostałoby 
uznane za kryptoreklamę), stanowiła ogromną atrakcję. 

W 1984 roku Andrzej Kurek pokazał widzom absolutną światową 
nowość - ZX Spectrum, mikrokomputer zdolny do wyświetlania 
kolorowej grafiki i odtwarzania dźwięków, który za własne pie- 
niądze kupił w Wielkiej Brytanii. Kurek był wielkim fanem infor- 
matyki, napisał m.in. program rysujący na ekranie logo „Sondy” 
oraz napisy końcowe audycji, a także aplikacje prezentujące edu- 
kacyjne możliwości komputerów, pokazywane następnie na ante- 
nie. W jednym z odcinków zaproszony do studia przedszkolak 
(a prywatnie syn Kurka, Mateusz) demonstrował telewidzom gry 
takie jak Alchemist czy Manie Miner, udowadniając, że maszyną 
tak skomplikowaną jak komputer może posługiwać się nawet 
dziecko! - Te maluchy, które teraz nie zetkną się z komputerami, bę- 
dą analfabetami jutra - tłumaczył telewidzom dziennikarz. Kurek 
śmiało patrzył w przyszłość: w czasach, gdy dla większości Pola- 
ków marzeniem był zwykły telefon stacjonarny, on opowiadał te- 
lewidzom o zaletach sieci komputerowych. 

Działalność marketingowa dla nauki 

Mimo że polska nauka i technika przeżywały w latach 80. ogromny 
kryzys, twórcy „Sondy” z premedytacją prezentowali najnowsze 
światowe osiągnięcia w tej dziedzinie. - Jesteśmy od tego, żeby poka- 
zując nowe trendy nauki, zarażać tym ludzi - tłumaczyli autorzy pro- 
gramu. - Prowadzimy w stosunku do nauki działalność marketingową, 
a dobra zasada marketingu polega na sprzedaży produktu w sposób 
maksymalnie skuteczny, atrakcyjny. Stąd nasze kłótnie, przebieranki, 
eksperymenty na samych sobie, zabawy z obrazem. Naszym zadaniem 
jest dostarczyć widzowi półgodziny naukowej rozrywki, zaciekawić, za- 
fascynować. Bo jeśli jest fascynacja, jest i to motyw do własnych poszu- 
kiwań. Metoda ta okazała się bardzo skuteczna. 



Czołówka Sondy 

skroc.pl/c710a 

Użyta tam muzyka 
pochodzi z albumu 
z serii Standard Musie 
Library: „Period/ 
Pasforal/Solo 
Instruments - Moog/ 
Dramatic". Utwór 
nazywa się Visitation. 
Jego kompozytorem 
jest Mikę Vickers, 
kiedyś grający 
w kapeli Manfred 
Mann. Fanom muzyki 
wykorzystywanej 
w Sondzie polecam 
płytę: skroc.pl/5c6fe 


29 września 1989 roku Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński je- 
chali do Raciborskiej Fabryki Kotłów „Rafako”, by nagrać kolejny 
odcinek programu. Padał deszcz. Tuż przed Raciborzem ich auto 
niespodziewanie zjechało na przeciwległy pas ruchu i zderzyło 
się z ciężarówką. Dziennikarze zginęli na miejscu. Najpopular- 
niejszy polski program popularnonaukowy zakończył nadawanie 
po 12 latach i emisji ponad 500 odcinków. Wielu z nich nigdy już 
nie zobaczymy. W ramach oszczędności na archiwalnych ta- 
śmach z „Sondami” Telewizja Polska nagrała inne materiały. 

Dziedzictwo „Sondy" 

- Naszym zadaniem jest dostarczyć widzowi pół godziny naukowej 
rozrywki, zaciekawić, zafascynować. Bo jeśli jest fascynacja, to jest 
i motyw do własnych poszukiwań. Nauka w szkole jest zaprzecze- 
niem nauki. Szkoła mówi: to jest wiadome, taki jest wzór i taki wy- 
nik. My zaś mówimy: tego nie wiemy, ale chcemy poznać. Nasza for- 
muła jest lepsza - przekonywali w jednym z wywiadów redakto- 
rzy Kurek i Kamiński. Czy mieli rację? „Sonda”, „Kwant” czy 
„Laboratorium” nie tylko przyciągały przed telewizory miliony 
widzów, ale dla wielu z nich stanowiły też pierwszy krok w dro- 
dze na politechnikę. Tak było choćby w przypadku nastoletnie- 
go wówczas Tomasza Rożka, dziś doktora nauk fizycznych 

i twórcy programu „Sonda 2”, emitowanego przez Telewizję Pol- 
ską. „Sonda 2”, „Galileo” czy „DeFacto” kontynuują misję rozpo- 
czętą przez Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego. Czy jed- 
nak dziś* gdy nauka musi konkurować z tysiącami innych cieka- 
wych bodźców (łapaniem Pokemonów, łajkami na Facebooku, 
oglądaniem śmieszych filmów z kotami w internecie itd.), a cała 
potrzebna wiedza jest pozornie dostępna po kilku kliknięciach, 
audycje takie nadal są potrzebne? 

- Faktycznie dzisiaj każdy może znaleźć dowolną informację sam 
w internecie - przyznaje dr Rożek. - Ale wielu z nas narzeka na 
zbyt dużą szybkość ich pojawiania się, brak pogłębienia. Ostatnio 
usłyszeliśmy, że odkryto fale grawitacyjne, ale czy dowiedzieliśmy 
się, co to właściwie oznacza? 

„Sondę 2” ogląda w porywach milion widzów.
Odpowiedz
#19
Omalże identyczny artykuł o "Sondzie" znalazłem w PC Shareware retro - poniżej łączna recenzja obu tekstów.

Mnie tego rodzaju teksty specjalnie się nie podobają. Może wyda się to wam szukaniem dziury w całym, ale jako osoba parająca się zawodowo pisaniem, jestem po prostu wyczulony na pewne rzeczy. W artykule znalazłem rozliczne braki warsztatowe, wynikłe w sposób oczywisty z najgorszego z grzechów współczesnego dziennikarstwa - lenistwa.

Nim przejdę do meritum, wyjaśnię z czego wynika wspomniana różnica w postrzeganiu zawodowców (niezainteresowani mogą pominąć ten i dwa kolejne akapity). Chyba najlepiej widać ją w innym moim hobby - fotografii. Jak to trafnie ujął Andrzej Mroczek, na wystawach największym uznaniem widowni cieszy "kolorowa nędza", choćby obok znajdowały się wyśmienite zdjęcia czarno-białe, zaś jeśli idzie o te ostatnie, to największym powodzeniem cieszy się "fotografia kontrastowa", co zaskakujące choć napisane blisko czterdzieści lat temu, słowa te wciąż pozostają aktualne. I nie ma się co dziwić, po prostu typowemu zjadaczowi chleba fotografia barwna wydaje się bardziej naturalna, niż czarno-białe "fotograficzne sztychy", z kolei kontrastowe zdjęcia czarno-białe wydają się ostrzejsze, bardziej też przypominają obraz telewizyjny.  Wszakże doświadczeni fotograficy traktują powyższe sprawy jako marginalne dla wartości dzieła, dla nich głównym kryterium oceny jest jak najpełniejsze ukazanie tematu zdjęcia. Toteż nagminnym jest przyznawanie nagród pracom podobających się niewielkiemu odsetkowi publiczności, a bardziej stonowana ocena zdjęć do których publiczność odnosi się entuzjastycznie z racji wspomnianych braków warsztatowych, np. niewłaściwego oświetlenia, tonalności, skadrowania, etc.

Odmiennie niż w przypadku zdjęć, największą bolączką obecnych współczesnych tekstów historycznych nie są same w sobie braki warsztatowe, a jeśli już się pojawiają, to głównie jako pochodna grzechu głównego obecnego pokolenia dziennikarzy - lenistwa. Gdy trzeba o czymś napisać, korzystają z tekstów sprzed lat, stanowiących - po drobnych rzecz jasna przeróbkach - główny szkielet ich "samodzielnej" pracy, nie próbując nawet na poważnie "wgryźć się w temat" - to wymagałoby nazbyt wiele wysiłku z ich strony. Celowo używam określenia "wysiłek", nie zaś "praca" (choć w mniemaniu wielu z tych dziennikarzy to to samo, bo tak im podpowiada słownik synonimów Winworda - nb. jedyny z jakiego korzystają) - czy gdyby któryś z was odkrył zmienność obserwowanej przez wiele lat gwiazdy, uznałby to za "pracę"? Owszem, takie odkrycie wymaga sporo wysiłku, lecz nie jest pracą, podobnie jak dla kolegów Tomka Sawyera malowanie parkanu stało się przyjemnym zajęciem, wymagającym pewnego wysiłku. W dziennikarstwie lenistwo na dłuższą metę nie popłaca - gdy zaczynałem moją przygodę z "Kawaii", polecono mi zająć się "Czarodziejką z Księżyca". Teksty o tym anime - niesłychanie popularnym w Polsce przełomu XX i XXI wieku - cierpiały w istocie na opisaną wyżej chorobę: duża część ich zawartości była w istocie przekładami fanowskich stron z Japonii i USA. W rezultacie tonęły w błędach, niedomówieniach, w niewielkim stopniu obejmowały specyfikę wersji emitowanej przez "Polsat". Dysponując nagranym kompletem odcinków zdecydowałem się podjąć pracę od podstaw - przygotowując się do napisania artykułu o atakach i transformacjach w tym anime kilkadziesiąt godzin przeglądałem moje VHS-y. Wysiłek ten sowicie się opłacił - w trakcie robienia notatek o atakach i ich przekładach, doszedłem do wniosku, że mogę napisać artykuł o modzie w tym anime (chyba pierwsze szersze opracowanie na ów temat na świecie) i rozszerzyłem zakres moich notatek. Z punktu widzenia większości obecnych dziennikarzy wysiłek jaki podjąłem, był kompletnie pozbawiony sensu, bo nie przynosił ani natychmiastowych zysków, ani nie rokował szans na dostrzeżenie i zrealizowanie w oparciu oń materiału wyemitowanego w którejś z telewizji newsowych.

Choć interesuję się głównie historią astronomii, przeczytałem sporo książek o najnowszych badaniach astronomicznych, wiec mam jakieś tam pojęcie o tym co to jest kwazar, cykl węglowo-azotowy, klasyfikacja widmowa, co również nie jest nazbyt popularne obecnie. Dzisiejsi wyrobnicy pióra korzystają z popularnych omówień tematu w Internecie, czasami dawnych artykułów, a gdy już wypełnią życzenia rednacza, by pisać "popularno-ciekawostkowo", wszystko czego się nauczyli usuwają z pamięci - kolejny temat czeka.

Niestety, wspomniany artykuł o "Sondzie", pełen jest dziennikarskiego brakoróbstwa. Wystarczy wspomnieć, że nie znajdziemy w nim żadnej z interesujących anegdot ze strony Tomasza Pycia, która przecież jest wiarygodnym i łatwo dostępnym źródłem informacji o "Sondzie". Kapitalny jest tu passus w pytaniu do Tomasza Rożka o "wiedzy od której dzieli dosłownie jedno kliknięcie" - choć na kanale Youtube od lat dostępny jest dokument o "Sondzie" p.t. "Opowieści Warsztatowe", dokument o tyle cenny, że kręcony, gdy żyli Kurek i Kamiński, a oglądalność ich programu przekraczała pięć milionów widzów, nic nie wskazuje na to, by autor artykułu owo kliknięcie (a właściwie sześć kliknięć, bo program podzielono tu na sześć części) wykonał, zyskując "informację pogłębioną", którą podobno serwują nam "Sondzie 2".

Nic nie wskazuje także na to, by autor wpadł na jakieś forum miłośników "Sondy" i popytał o wspomnienia, czy anegdoty związane z programem. A przecież fani często wiedzą rzeczy, których nie znajdzie się w TV, prasie, czy książkach. Wspomnijmy choćby o zdarzeniu z przełomu lat 70 i 80, którego byłem świadkiem. Pan w średnim wieku pyta siedzącego w piaskownicy kilkulatka, czemu jest taki smutny. Chłopczyk stwierdza, że pociąg z Żywca, którym wczoraj wracał do domu spóźnił się ponad godzinę i był w domu pięć po siódmej. Pan próbuje pocieszać "I dobranocki nie obejrzałeś? Nie ma co się smucić - dziś wieczór 'Cypiska' sobie zobaczysz... albo 'Lolka i Bolka'", na co chłopczyk "Wczoraj był czwartek - pół 'Sondy' straciłem". Tu niezbędne dla młodszych czytelników objaśnienia - Sonda leciała wtedy w czwartki o 19; godzinne spóźnienia pociągów były wówczas czymś normalnym i właściwie już ledwie dostrzegalnym; kilkuminutowe spóźnienie spowodowało utratę większości programu, ponieważ powszechne ówcześnie lampowe odbiorniki musiały się po wciśnięciu przycisku "sieć" ładnych kilka minut nagrzewać (nb. w lecie trwało to trochę krócej niż w zimie), a potem jeszcze trzeba było je "doregulować". W telewizorze marki "Ametyst", którym ówcześnie dysponowała moja rodzina, służyło do tego małe kółeczko na pokrętle zmiany kanału - gdy już telewizor zaczął odbierać, kręciło się nim do uzyskania jak najczystszego obrazu i dźwięku, a potem co jakiś czas doregulowywało, aż telewizor, mówiąc językiem młodzieży sprzed kilku lat, "się stabilizował" (w trakcie emisji "Sondy" tę odpowiedzialną funkcję pełniłem ja - całkowicie na ochotnika - bo w ten sposób mogłem siedzieć bliżej ekranu). Z powyższego wynika kolejna kwestia, kompletnie nie ruszona, ani w tym artykule, ani podobnych opracowaniach, od których zaroiło się na wieść o "Sondzie 2" - otóż dla większości ówczesnych widzów "Sonda" była czarno-biała.

Jak dalece ta oczywistość uległa zapomnieniu, świadczy wypowiedź na antenie TVP Historia o animacjach studia Hanna-Barbera, które zaczęto emitować w polskiej telewizji w latach 70. Jan Pietrzak wspominając "Pixie i Dixie", "Misia Yogi", "Psa Huckleberry" stwierdził, iż nie podobały mu się, choć były "kolorowe", zdradzając się w ten sposób, że należał do nielicznych szczęśliwców, którzy mieli dostęp do kolorowego odbiornika. Tak się po prostu składa, że kontrastowany z w.w. serialami "Bolek i Lolek", także był kolorowy, jednak większość z nas widziała te kolory wyłącznie w kinie. Mój starszy brat czekał trzydzieści lat, nim dowiedział się na jaki kolor, bawiący się w Tarzana Bolek i Lolek, przemalowali pieska - telewizor kolorowy marki "Curtis" nabyliśmy dopiero w 1993. Rzeczywistość była taka, że ponad 90% obywateli oglądała "Sondę" w odcieniu brudnoszarym, na wiecznie zakurzonym ekranie czarno-białego telewizora, z lekko trzeszczącym i od czasu do czasu zanikającym, dźwiękiem mono. By zrozumieć, jakie to powodowało problemy z odbiorem programu, wystarczy obejrzeć odcinek "Kolor". Od siebie dodam, że nie byłem w stanie zrozumieć jak uzyskuje się słodką wodę z morskiej przy pomocy aparatu stosującego metodę odwrotnej osmozy, choć wyjaśniono to naprawdę czytelnie na kolorowym schemacie w "Rozbitkach".

"Kamiński, zazwyczaj w roli zdystansowanego sceptyka"!? Zdanie to jest chyba najlepszym dowodem, do czego prowadzi już nawet nie lenistwo, a zwyczajne leserstwo, polegające na bezmyślnym przepisywaniu z artykułów pióra innych leserów sprzed lat. Otóż było dokładnie na odwrót - to Kurek był częściej sceptykiem, rzecz jasna w odcinkach w których tego rodzaju podział ról w ogóle występował. Tak się po prostu składa, że w początkowym okresie programu - latach 70. - Kamiński grywał "przedstawiciela tradycyjnej nauki", "zwolennika postępu", itp, za to Kurek "młodego gniewnego", "krytyka nowego", itp. Co zabawne o takim wyborze ekranowego emploi dla jednego i drugiego zadecydował wyłącznie... wygląd. W zestawieniu z Kurkiem, na ekranie wypadającymi niczym zbuntowany przeciw wszystkim i wszystkiemu student, Kamiński prezentował się jak spokojny i stateczny przedstawiciel nauki. Efekty były nieoczekiwane - do TV zaczęły napływać listy, w których widzowie (zazwyczaj w podeszłym wieku) oskarżali Kurka "o brak szacunku dla starszych, graniczący ze złym wychowaniem" i domagali się napomnienia "docenta Kurka, by nie przerywał wykładu profesora Kamińskiego cynicznymi uwagami", z kolei inni (młodsi) chcieli "częstszego dopuszczania do głosu Andrzeja Kurka", bo "jest tu wyraźnie dyskryminowany". W wyemitowanej w 1979 przez TV rozmowie w studio (najpewniej już dawno skasowanej), Kamiński po odczytaniu listu telewidza odżegnującego Kurka od czci i wiary, stwierdził z uśmiechem "Nie jestem żadnym profesorem", a potem ujawnili, że swoje "zażarte spory" toczą w oparciu o wspólnie pisany scenariusz, co dla wielu (łącznie ze mną) było niejakim wstrząsem. Potem było już jak pamiętają ci młodsi - to który z nich będzie "entuzjastą", bądź "sceptykiem" zależało od tematyki programu. Dla porządku warto dodać, skąd wziął się mit "Kamińskiego, etatowego sceptyka" - patrz (a raczej "słuchaj") pierwsza wypowiedź Kamińskiego w "Czynnik Si część 1".

Za równie znamienny można uznać passus "Mimo że polska nauka i technika przeżywały w latach 80. ogromny kryzys...". Tak się wszakże składa, że z 14 lat "Sonda" 1/3 swego antenowego żywota przeżyła w latach 70 (1977-80), których symbolicznym naukowym początkiem było utrzymanie w mocy decyzji rządu PRL z 1969 o rezygnacji z zakupu dwumetrowego teleskopu. Jeśli chodzi o prace naukowe, można bez ryzyka większego błędu stwierdzić, że nasi naukowcy wnieśli do nauki światowej porównywalnie niewiele w dekadzie Gierka, jak Jaruzelskiego (nie licząc oczywista niesłychanie cennych, acz nie wiedzieć czemu na Zachodzie nie docenianych, studiów nad filozofią marksistowsko-leninowską) - pojedyncze jaskółki, w rodzaju pracy Bohdana Paczyńskiego o dyskach akrecyjnych nie czyniły wiosny. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro w latach 70. władze PRL domagały się od naukowców nie wyjaśniania mechanizmu emisji promieniowania rentgenowskiego przez czarne dziury, a badań dających potencjalnie jak największe korzyści gospodarcze, jednocześnie przeznaczając na zbrojenia jakieś 40% PKB. W istocie "Sonda" startowała naprawdę strasznych czasach - transmitowanej przez TV zmasowanej nagonki tzw. "ludzi pracy" na robotników z Radomia, brutalnie tłumionych protestów studenckich po śmierci Pyjasa, czasach w których najdynamiczniej rozwijającą się gałęzią gospodarki narodowej (mimo usilnej z nim walki drogą rozbudowy systemu kartkowego) był czarny rynek. Upadł i to już ostatecznie autorytet państwowych masmediów, z iście maniackim uporem odnotowujących sukcesy budownictwa socjalistycznego, wzrosty dynamiki produkcji przemysłowej, przezwyciężanie trudności, etc., gdy szaremu obywatelowi wystarczyło wyjść na ulicę, by na własne oczy ujrzeć objawy kryzysu gospodarczego. Fakt, iż startując w takich czasach, w telewizji której mało kto już wierzył, uzyskała tak dużą, stale zwiększającą się oglądalność, dowodzi w istocie wielkości ludzi, którzy ją tworzyli, stając się dla wielu jedyną możliwością ucieczki od obrazu kraju zalepionego plakatami FJN ostrzegającymi przed "anarchią", prasy, radia i TV kontrastujących sielskie życie w socjalizmie z nędzną wegetacją na Zachodzie, spychających przechodniów z trotuarów w poczuciu swej ważności milicyjnych patroli, wyborów bez skreśleń w których władza wybierała w kółko samą siebie.

W tekście w PC Shareware Retro występuje jeszcze inny kapitalny passus (którego szczęśliwie tu nie znajdujemy) - Sonda była jakoby dla wielu "przepustką" na wyższe uczelnie i politechniki - ktoś wyraźnie nie rozumie, że Wielki Tomasz Rożek (najwidoczniej jego idol) nie może być traktowany jako dowód. Tak to już jest, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a tu można mówić co najwyżej o jaskółce widzianej na jesieni - w latach największych antenowych sukcesów "Sondy" większość nastolatków wybierała szkoły zawodowe i technika nie dlatego, że nakłoniła ich do tego "Sonda", a temu, że pracownicy fizyczni zarabiali zdecydowanie lepiej niż umysłowi.

Fereby
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości